Znamy się od... lepiej nie mówić :)
Osiem lat spędziłyśmy w jednej ławce, gadając bez przerwy. Za to nas rozsadzano, a wtedy pisałyśmy do siebie listy, bo przecież musiałyśmy być ze sobą w kontakcie, to chyba zrozumiałe!
I tak jest do dzisiaj. Nie mieszkamy blisko siebie, ale kontakt musi być! Na szczęście ktoś wymyślił Internet...
Maile, gg, dużo zdjęć...
i tak powstał pomysł założenia tego bloga.


Drogi Gościu, miło że do nas zaglądasz. Ucieszymy się bardzo, jeśli zostawisz tu parę słów komentarza :)

niedziela, 12 lipca 2015

A ja znów o Lwowie ...


Nasza pozdróż sentymentalna w Bieszczady to był, nie chwaląc się, mój pomysł, z którego jestem bardzo dumna. :)  Ale muszę przyznać, że mój Szanowny Małżonek miał pomysł równie dobry: skoro już wypuszczamy się na południowo-wschonie rubieże, to czemu nie moglibyśmy wpaść na dzień czy dwa do naszego Lwowa?..  Przyznaję, że nie trzeba było mnie specjalnie przekonywać. No i wpadliśmy!

Zamiast planowanego dnia czy dwóch, spędziliśmy w nim dni prawie cztery, a i tak było nam jakoś za krótko... Może tam jeszcze kiedyś wrócimy?..

Odwiedziliśmy we Lwowie wiele już znanych nam miejsc, poznaliśmy też wiele nowych. Nowe ulice, nowe zaułki, nowe lwy...

Ten lew na przykład przywitał nas już w dniu przyjazdu...


A pilnował przepięknego starego budynku, przy dawnej ulicy Potockiego. W tym właśnie budynku mieliśmy tym razem kwaterę.


Piękny budynek, prawda? Powstał na samym początku XX wieku i jest prawdziwą perełką lwowskiej architektury. Ale nie jedyną, Lwów to taki perłowy naszyjnik...

Szukanie lwów we Lwowie to zabawa bez końca...

To tylko kilka z tych których wcześniej nie znaliśmy:






Odwiedziliśmy też znajome lwy, a wśród nich mojego ulubionego, ktory z uśmieszkiem przygląda się z góry tłumom turystów na lwowskiej starówce...



Pojawił się też lew na miarę dzisiejszych, niezupełnie normalnych czasów...


Jednym z celów naszej tegorocznej wyprawy było odnalezienie  jednego z dwóch lwów zrabowanych w latach sowieckiego socjalizmu z polskiego Cmentarza Orląt.

Na dawnych zdjęciach widać je oba, jak dumnie strzegą Pomnika Chwały, niestety zostały stamtąd wywiezione i do dziś  władze miasta nie wyrażają zgody na ponowne ich ustawienie w tym miejscu. 

 https://www.facebook.com/leopolissepmerfidelis/photos_stream

Jednego z nich odnaleziono przy szosie wylotowej z Lwowa  do Winnik. Stoi tam i czeka na lepsze czasy.

https://www.facebook.com/leopolissepmerfidelis/photos_stream

Miejsce drugiego nie jest powszechnie znane. I właśnie tego postanowiliśmy odszukać. Znalazłam w necie informację, że lew stoi przed jednym ze starych budynków szpitala psychiatrycznego na Kulparkowie. Wybraliśmy się tam w upalną niedzielę, przeczesaliśmy cały należący do szpitala park, ale nie znaleźliśmy go. Co za rozczarowanie!

Dopiero po powrocie do domu doszukaliśmy się kolejnej informacji, że jakiś czas temu lew został przestawiony przed budynek mieszkalny, o kilkaset metrów od miejsca gdzie szukaliśmy...  A to pech!

 
https://www.facebook.com/leopolissepmerfidelis/photos_stream

To jego zdjęcie znalezione w necie. No nic, mamy powód, żeby jeszcze raz tam pojechać...

Chodząc godzinami po Lwowie, poza podziwianiem detali przepięknej lwowskiej architektury, wypatrywaliśmy też śladów historycznej polskości tego miasta. Jest ich mnóstwo na każdym kroku...






Jest tych polskich śladów bardzo dużo na każdym kroku, a można się spodziewać, że z roku na rok będzie ich coraz więcej, bo spadające z dawno nie remontowanych ścian tynki odsłaniają zamalowane polskie napisy, szyldy i tablice. No cóż, pewnych rzeczy nie da się ot tak po prostu załatać i przysłonić. Historia jest historią a historia Lwowa to wiele wieków polskiej kultury.

I te przepiękne lwowskie kościoły...

Płakać się chce nieraz przy ich zwiedzaniu...

To na przykład wnętrze kościoła Jezuitów, który dopiero od kilku lat jest znowu miejscem kultu, a przez lata stanowił magazyn książek...





Fatalne zdjęcie, ale i tak widać jak zrujnowane są przepiękne malowidła na sklepieniu. Wątpię czy uda się je kiedykolwiek uratować...


Tablica nagrobna posklejana taśmą klejącą... Ehh, szkoda słów.

A tu następny lwowski kościół Św.Marii Magdaleny.


Odebrany polskiej parafii, od wielu lat służy jako... sala koncertowa. Ma wspaniałe, największe na Ukrainie organy i właśnie organowe koncerty odbywają się tutaj bardzo często. A publiczność usadzana jest tyłem do zasłoniętego kotarą ołtarza...



Zajrzeliśmy sobie za tę kotarę...


Na szczęście nie zakazano całkiem odprawiania nabożeństw w tym kościele. Pewnie tylko dzięki temu ołtarz jest wciąż w takim dobrym stanie. Wierni mogą gromadzić ale tylko na jednej mszy, w niedzielę. Kto chce przeczytać więcej o tym i o innych lwowskich kościołach, niech zajrzy TUTAJ . Naprawdę to TRZEBA wiedzieć.

A poniżej jeden z piękniejszych, jak nam się wydawało, kościołów Lwowa, kościół Św.Elżbiety.


Rok temu zabrakło nam czasu żeby się do niego wybrać, tak więc teraz był na samym początku listy.


Kościół ten, jak niemal wszystkie dawne polskie kościoły, pełni dziś rolę cerkwi. Spodziewaliśmy się pięknych, zabytkowych wnętrz i cudownego wystroju. Niestety, okazało się, że wnętrza zostały całkowicie przerobione, są dziś niemal puste, pełne szkła i plastiku. Zdegustowani zupełnie tym dysonansem między naszymi wyobrażeniami i rzeczywistością, z wrażenia nie zrobiliśmy w środku ani jednego zdjęcia...

Najcudowniejszym miejscem pozostaje za to od wieków piękna i niezwykła, pełna doniosłej, pachnącej polską historią atmosfery - Katedra Łacińska.



A z dachu stojącej obok Katedry Kaplicy Boimów Jezus spogląda z miną zafrasowaną na ten dziwny, pogmatwany świat i na ludzi.        


No tak, mamy już we Lwowie swoje ulubione miejsca, ulice, zaułki. Mamy też ulubione knajpki, tak jak na przykład ten, urządzony na wzór starej poczty bar,



 w którym podają przepyszne lwowskie pierogi...


Jest tu też naprawdę wielka kolekcja pocztówek i zdjęć ze starego Lwowa.


Miejsc, do których chce się wracać, jest we Lwowie bardzo wiele. Co on takiego ma w sobie ten Lwów, że przyciąga nas jak magnes? Urok, czar niezwykły, ślady naszej polskiej świetności, smak i zapach naszej historii.

Kto tam jeszcze nie był, a nie jest mu obojętna polskość i Polaków dzieje, niech jedzie do Lwowa koniecznie. I będzie tam wracał tak jak my. Warto.


niedziela, 7 czerwca 2015

O marzeniach i ich spełnianiu

Od ładnych paru lat marzył mi się powrót do najcudniejszego zakątka Polski - w Bieszczady. To oczywiście moje osobiste zdanie, ale wiem że wiele osób je podziela. Mój osobisty Małżonek również. 

Eh, biegało się swego czasu po Bieszczadach w tę i z powrotem, ale było to naprawdę wiele lat temu. Byliśmy wtedy młodzi, zdrowi i nieco... hm... szczuplejsi. ;)

A potem nastały dzieci, latka przeleciały, ciałka przybyło, zdrówko się lekko nadszarpnęło i jakoś bieszczadzkie włóczęgi w niepamięć odeszły.

Do czasu aż trafiłam parę lat temu na blog Jagody. Pewnie go znasz. Klimatyczny, pełen ciepła blog, przemiła osoba, obdarzona talentami nie tylko pisarskimi, cudne zdjęcia wnętrz, zwierząt i bieszczadzkich plenerów oraz pasjonujące historie z życia "mieszczuchów" którzy postanowili zacząć wszystko od nowa na najpiękniejszym "końcu świata" jaki znam... 

I to na pewno wtedy zaczęło we mnie kiełkować to marzenie, choć wówczas wydawało mi się zupełnie nierealne. Jeszcze choć raz pojechać w Bieszczady, nachodzić się po tych jedynych w swoim rodzaju podniebnych łąkach, nasycić zmysły tymi niezwykłymi widokami połonin, szumem wiatru i tą wielką niesamowitą przestrzenią wokół. No i jeszcze jedno: zatrzymać się u Jagody i Maćka w Lutowiskach...

Marzenia jak to marzenia: ma się je i tyle. Drzemią sobie spokojnie latami gdzieś w ukryciu, ale czasem się trochę budzą i zaczynasz o nich myśleć i myśleć. I czasem tak bardzo o nich myślisz, że już nie masz wyjścia i zaczynasz się zastanawiać jak tu je zrealizować. I często okazuje się, że nie jest to aż takie trudne...

No i tym razem też nie było. Wystarczyło tylko podjąć damską decyzję, napisać do Jagody maila, a potem poinformować Mężusia, że jest propozycja właściwie już nie do odrzucenia...  No i tak zrobiłam!

Bo przecież maj to miesiąc naszych wspólnych rocznic. W sam raz na taką sentymentalną podróź...



Chata Magoda okazała się być tą wisienką na torcie. Lepszego miejsca wprost nie mogłam sobie wymarzyć. Niezwykły to dom, pełen ciepła i przytulnego nastroju. I ludzie niezwykli. Myślę że jeszcze nieraz tam zagościmy.


Chyba specjalnie dla nas zamówiony słowik wyśpiewywał wieczorami swoje trele nieopodal werandy Magodowej Chaty...

Nasz pokój "słoneczny"...


A tu piesy Magodowe, kotów nie udało mi się sfotografować. Piesy o wiele chętniej socjalizują się z obcymi :)




Pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa. Z czterech dni tylko półtora nadawało się na górskie wędrówki. To była ta pierwsza połówka, mglista i deszczowa...

  

 

Drugi dzień spędziliśmy więc na objeżdżaniu okolicznych miejscowości i oglądaniu pięknych bieszczadzkich  cerkwi.









Trzeciego dnia deszcz padał już niemal bez przerwy, spedziliśmy go sobie więc dość leniwie, między kominkiem a Magodową werandą. Nie powiem, było bardzo miło :)


No a czwartego dnia...






Nie byłabym sobą,  gdybym wśród tych pięknych "okoliczności przyrody" nie zaobserwowała różnych jej smakowitych szczegółów, a wśród nich ukochanego mojego ziela: żywokostu, z którego własnoręcznie ukręcona maść jest moim cudownym lekiem na wszelkie kostno-stawowe dolegliwości. Oczywiście żywokost mam z apteki, a nie z połonin, ale gdyby nie to że Park Narodowy, z pewnością byłby on mój-ci-on :)



 A tu cała wielka polana pełna czosnku niedżwiedziego. Pachniało, nie powiem :)


A tu zwierzątko jakieś po połoninie przed nami się przechadzało. Myślałam, że może ryś, ale po przestudiowaniu fotek zwierzęcych tropów w necie wydaje mi się że mógłbyć to borsuk. Szkooda, że na nas nie poczekał...


I jeszcze parę zachwyconych fotek...




A na sam koniec zachwycona ja...


Wracając do marzeń, przyznam się, że nie jestem specjalistką w ich spełnianiu. Mam ich całe mnóstwo, jak każdy z nas, i wiele z nich wydaje mi się zupełnie nierealnych. Ale kiedy raz na jakiś czas uda mi się któreś zrealizować, a czasem się przecież udaje, to zaczynam wierzyć, że mogę spełnić jeszcze wiele z nich.  No a przynajmniej kilka... 

Nasza podróż sentymentalna nie skończyła się na Bieszczadach. Prosto z Lutowisk pojechaliśmy odwiedzić raz jeszcze to magiczne polskie miasto za wschodnią granicą, które tak bardzo zaczarowało nas rok temu. Ale na opowieść o Lwowie zaproszę Cię już następnym razem, bo co za dużo to podobno niezdrowo :)



wtorek, 28 kwietnia 2015

O pewnej sesji zdjęciowej na łonie natury

Od dawna marzyłam o tym, żeby sobie zrobić wielkie "kołowate" swetrzysko. Zapatrzyłam się na swetry robione przez Dorotę i bardzo, bardzo chciałam taki mieć. Trochę to trwało, nie powiem, ale wreszcie trafiłam na śliczną, odpowiednią do tego wełenkę (dzięki Ci, Małgosiu :) no i nie było innej rady: wydłubałam! 

Nie była ta robota aż taka straszna jak się zapowiadała, choć w końcowej fazie miałam na drutach coś około czterystu oczek! Musiałam skręcić ze sobą trzy żyłki knit-pro, żeby jakoś dało się te oczka przekładać... 

No i mam! 

Skończyłam go jeszcze zimą, ale jakoś nie było nastroju ani pogody na fotosesję. A że ostatni weekend piękny był i słoneczny, zabrałam swetrzysko ze sobą na psi spacerek w celach fotograficznych.

No i oto co z tego wynikło:

 Mamusiu, czemu Ci nagle tak zimno?


 Co tam ona chowa za tą szmatą?

 Nic takiego tam nie widać ...

 No i nie mówiłem, że nic tam nie było?..

 Oho, chyba się coś mamusi zaplątało...

O, proszę, znowu coś tam przed nami ukrywa...

 
 Milka, szukaj, może coś tu znajdziemy...

  Szukamy, szukamy i ciągle nic nie ma ...
 

Ehh, chyba czas już odpocząć na tym łonie natury... Strasznie męcząca była ta fotosesja...


wtorek, 31 marca 2015

Prośba o pomoc dla naszej blogowej koleżanki



W jednej chwili nasza blogowa koleżanka Loona i Jej Rodzina stracili dorobek całego życia.
Ogień zniszczył mieszkanie i wszystko co w nim było.
Stało się to w nocy.
Na szczęście zdołali się uratować. Oni i koty.
Pożar powstał prawdopodobnie na skutek zwarcia instalacji elektrycznej.

Muszą zacząć wszystko od nowa.

Prosimy o pomoc, każda złotówka się liczy.

Link naszego bannerka prowadzi do bloga Pantery, gdzie znajdziecie numer konta Loony.

Wpłaćcie choć parę złotych. Jest nas naprawdę dużo. Razem uzbieramy na nowy start dla Loony i jej Rodziny!

sobota, 14 lutego 2015

O nowej mieszkance mojego domu...

Od kilku tygodni mieszka u nas Helenka...

Wypatrzyłam ją któregoś pięknego dnia na znajomym blogu  i baaardzo mi się zamarzyło mieć taką dużą lalkę do ubierania...

Dobrze, że mój Ukochany Mężulek rozumie takie nagłe potrzeby żonki, nie ma jak wyrozumiały sponsor, to  dzięku niemu Helenka zawitała do nas :)

Miałam okazję poznać przemiłą Bietas, czyli Elę, z którą od lat znamy się w necie, a tu proszę: fajna okazja, żeby przenieść znajomość z wirtualnej rzeczywistości do tej prawdziwej...

Oto więc ona, piękna Helena, zwana przeze mnie Helenką:


Super, prawda?


Nareszcie będę miała modelkę do pokazywania moich filcaków. Na przykład ten czarny kubrak, który ufilcowałam już ze trzy lata temu i jakoś nie mogę go wykończyć ...

Albo moje szalone szaliczki...



A nawet da się ją ubrać w moje biżutki!


Ma przekłute uszy, mogę ją obwieszać kolczykami


No i różne inne elementy biżutkowe też można na niej wieszać...

O wiele lepiej wyglądają wisiorki na prawie-ludziu niż na leżąco. Może nareszccie te moje foty jakoś zaczną wyglądać...


A tu Helcia w innej odsłonie, jako blondie :) Chyba jednak wolę ją na ciemno, a Ty?


Mam nadzieję, że Helcia wpłynie pozytywnie na moją wenę TFUrczą, bo jakoś z nią ostatnio było gorzej. A przecież tyle mam planów!..






poniedziałek, 22 września 2014

O tym, że w poniedziałki powinnam siedzieć w domu...

Gdybym tylko mogła, to bym nie ruszała się w poniedziałki z domu. Głównie dlatego, że weekendu mi zawsze mało, tyle się człowiek narobi żeby odrobić zaległości w sprzątaniu i innych ulubionych zajęciach, na które nie ma w tygodniu czasu. Przydałby się taki wolny poniedziałek, żeby odpocząć po weekendzie...

A dziś to już na pewno wiem, że w poniedziałek się z domu ruszać wręcz nie powinnam!

Musiałam z moim Aronkiem do weta pilnie się udać, bo niedomaga ostatnio kochana psinka i nockę mieliśmy ciężką, on i ja...

Pomyślałam sobie że szybko pojedziemy do miasta, bo my na wsi pod miastem mieszkamy, wet da leki, szybko sobie wrócimy i oboje odeśpimy cośmy w nocy zabałaganili.

Ehh, mnie nie wolno nic planować, a już na pewno nie na moje wolne dni...

Pogoda paskudna, deszcz pada, koniec lata przecież trza odtrąbić, nie ma lekko. Ale przecież autkiem jedziemy, więc aura nam nie straszna, co nie?

Teraz już wiem, że ZAWSZE trzeba brać ze sobą ciepłe ubranie i parasol...

Mówiąc krótko, stanęło mi autko pośrodku miasta, na najruchliwszej możliwie ulicy i odmówiło dalszej współpracy.

Wyobraź mnie sobie jak stoję w unieruchomionym samochodzie na środku Sikorskiego, dookoła tłum pędzących aut, deszczyk radośnie leje, pies dyszy zmęczony na tylnym siedzeniu, a ja gorączkowo się zastanawiam co robić, żeby się z tego złego snu wydostać.

Następna w kolejce była komórka, która nie dość, że okazała się do połowy rozładowana, to jeszcze postanowiła się resetować za każdym razem kiedy próbowałam się gdzieś dodzwonić.

W końcu udało mi się powiadomić kogo trzeba, obiecali że przyjadą i auto mi do warsztatu zawiozą.
Trochę to wszystko  trwało, z półtorej godziny czekałam na panów z lawetą, no ale w końcu dojechali i samochoda zabrali.

I dzięki Tobie i Twojemu TŻ jakoś udało mi się do weta dotrzeć i psiakowi pomóc, a nawet do domu wrócić cało i zdrowo.

I nawet udało mi się nie wpaść w histerię, choć w pewnej chwili, przyznaję, byłam o krok. Ale się bardzo powstrzymywałam.

I tylko tak sobie myślałam, czy naprawdę ciągle coś mi się musi przytrafiać? Nie może się moje życie po prostu pleść spokojnie i powolutku do przodu? Zawsze muszą być jakieś zakrętasy?
Ale są też sposoby na to, żeby nie wpaść w czarną rozpacz. Wystarczy sobie trochę powyobrażać, co by było gdyby było jeszcze gorzej...

Na przykład:

gdyby auto się zepsuło na trasie Siekierkowskiej, na wjeździe na przykład, pod górkę...

gdyby komórka w ogóle odmówiła posłuszeństwa i nie udało mi się do nikogo dodzwonić...

gdyby Twój TŻ nie miał możliwości mnie uratować i musiałabym zamawiać taksówkę chyba bagażową, bo który taksiarz zgodziłby się wpuścić mojego psiaczka na siedzenie ?...

gdyby deszcz nie przestał padać i musiałabym z chorym Aronem zasuwać na piechotę w deszcz w poszukiwaniu jakiegoś telefonu...

gdyby, gdyby, gdyby...

Całe szczęście że w sumie nie było tak źle.

Aronek się lepiej czuje, ja już też odsapnęłam od wrażeń dnia dzisiejszego, autko na kuracji w warsztacie, jakoś się nam wszystkim udało przejść przez ten cholerny poniedziałek...


Uratowany Aronek pozdrawia Cię i Twojego TŻ z tylnego siedzenia!!!











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...